Opalanie jesienią - olejek brązujący Lirene czy warto?

Dzisiaj dawno zapowiedziany i długo wyczekiwany (przez niektórych) post z mgiełką brązującą Lirene. Miałam go dodać w połowie wakacji, jednak stwierdziłam, że taka recenzja bardziej przyda się jesienią, kiedy to słoneczko coraz częściej chowa się za chmurami. 

Jak już dobrze wiecie, uwielbiam się opalać, a moja ciemniejsza karnacja to zdecydowanie upraszcza. Kilka godzin na słoneczku i moje ciało od razu nabiera koloru. Nie lubię jednak sztucznej opalenizny. Nigdy nie byłam w solarium i raczej nie zamierzam. Uważam, że jest to pierwszy krok do choroby skóry. Nie twierdzę też, że promienie słoneczne są zdrowe, dlatego gdy decyduję się już na opalanie, to nie spędzam na słońcu całego dnia. Staram się również chronić skórę w każdy możliwy sposób, o czym pisałam tutaj. Dla mnie opalanie to przede wszystkim odpoczynek i relaks. 
Rzadko też sięgam po różnego rodzaju balsamy samoopalające. W zasadzie to raz w życiu taki kupiłam, głównie po to by moja twarz nie była "blada jak ściana", ale nic to nie pomogło. Olejek brązujący Lirene wpadł w moje ręce razem z innymi kosmetykami, które dostałam w ramach organizowanej Konferencji Meet Beauty. Szczerze, nawet nie zamierzałam go używać. Ale jak to już w życiu jest - jak się czegoś nie chce, to trzeba to zrobić:) 
Samoopalająca mgiełka do ciała  w luksusowy sposób pielęgnuje oraz pozwala stopniowo uzyskać złocisty odcień skóry. Dzięki dwufazowej formule mgiełki, produkt równomiernie się rozprowadza i błyskawicznie wchłania, pozostawiając subtelny i piękny zapach na skórze. Zapewnia efekt idealnie opalonej skóry, bez smug i przebarwień już po kilku godzinach. Intensywność opalenizny zależy od ilości użyć.
Po powrocie z Majorki skóra zaczęła mi się złuszczać z całych rąk i dekoltu. Wyglądało to okropnie. A za tydzień miałam iść na wesele... Peelingi pomogły w niewielkim stopniu, ale musiałam coś wymyślić, żeby nie było widać różnicy w kolorze skóry. Pewnego ranka, przed wyjściem do pracy postanowiłam, że wypróbuję mgiełkę brązującą Lirene. Nie uwierzycie jak pożałowałam decyzji. Mgiełka co prawda fantastycznie rozprowadza się po ciele nie zostawiając smug. Opalenizna jest bardzo delikatna i równomierna. Jednak olejek okropnie pachnie. Przez 8 godzin w pracy nie mogłam się skupić dosłownie na niczym, tylko na tym, że moje ciało ma dziwny zapach. Nawet nie potrafię go opisać. Jest po prostu wstrętny i ciężko go zmyć. Olejek odłożyłam w kąt i pewnie już więcej po niego nie sięgnę. 
Dzień przed weselem kupiłam za około 2 zł chusteczki samoopalające i posmarowałam punktowo miejsca, które chciałam przyciemnić by zrównały się z resztą skóry. Efekt był zadowalający. Z daleka nie było widać żadnej różnicy. 

Używając mgiełki brązującej, utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że naturalna, delikatna opalenizna jest zdecydowanie lepsza od tej sztucznej. 
Napiszcie w komentarzach czy stosujecie samoopalacze i jak się u Was sprawdzają.

Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger