Krem wzmacniający Ruby Vine, BARTOS + nowe logo

Dzisiaj zdecydowanie powinnam zacząć od nowego loga, bo już dostaję pytania, dlaczego obok napisu znalazł się kot. Kiedy zaczęłam myśleć nad nowym logiem pierwsze, co chciałam by kojarzyło się ono z tematyką mojego bloga. Tyle, że jeśli śledzicie blogosferę to możecie zauważyć, że większość blogów urodowo-modowych ma w głównej grafice: pędzle, szminki, wieszaki, sukienki itp. Stwierdziłam, że nie chce robić tego co inni! Chciałam, aby moje logo było indywidualne i zostało ze mną na długo (mam cichą nadzieję, że nie będę go już chciała zmieniać w ogóle, no może tylko kolorystykę, co nie jest problemem). Zaczęłam więc myśleć nad tym co może się ze mną kojarzyć, a z racji tego, że na mojej prawej nodze widniej tatuaż kota, stwierdziłam, że będzie on dobrym  pomysłem - i tak zostało. Początkowo logo miało być w kolorach złoto-czarnych, niestety absolutnie nie pasowało to do szablonu, który aktualnie posiadam. Musiałam więc pozostać przy czarnych kolorkach. Jednak nic straconego, na pewno moje logo będzie zmieniało kolory, gwarantuję to! Może za rok lub dwa zdecyduję się też na całkowitą zmianę szablonu i będę mogła sobie pozwolić na tego wymarzonego „złotego kota”. Póki, co cieszę się, że logo jest związane ze mną, a jeśli ktoś by pytał dlaczego mam kota na nodze – to moja słodka tajemnica (może kiedyś opowiem).

Logo przedstawione, a więc mogę przejść do recenzji największego „bubla” ever. Nie wiem czy zauważyliście, że bardzo rzadko dodaję recenzję kosmetyków, które mi się nie sprawdziły. Pewnie dlatego, że wolę opisywać rzeczy, które mogę Wam polecić. Jednak, jeśli mnie czasem coś wkurzy to nie mogę wytrzymać i muszę o tym opowiedzieć.  Do tej grupy rzeczy, z wielkim żalem i bólem, trafił krem wzmacniający Ruby Vine od Bartos. Dlaczego? Już wyjaśniam. 
Pomijając fakt, że moja skóra jest dość sucha i zmęczona to bardzo rzadko występują na niej wypryski czy krosty podskórne. W zasadzie powinnam napisać, że występowały bo teraz nie mogę się od nich uwolnić. Jakieś dwa tygodnie temu postanowiłam, że wypróbuję coś nowego i oczywiście sięgnęłam po krem wzmacniający Ruby Vine. Od czasu kiedy go dostałam chciałam go przetestować. Trochę się przeliczyłam...

Krem Ruby Vine, BARTOS, cena: około 140 zł 
Krem znajduje się w ładnie zdobionym, białym słoiczku z kwiatowym motywem. Do opakowania dołączona jest pompka typu air less, która jest wygodna w stosowaniu. Jednak trzeba uważać podczas naciskania, aby produkt zbytnio się nie wylał (za pierwszy razem nacisnęłam pompkę zbyt mocno i  krem wylądował na podłodze). 

Konsystencja kremu jest typowa dla tego typu kosmetyków – gęsta, ale łatwo rozprowadza się po skórze. Plus za to, że krem dość szybko się wchłania jednak ogromny minus, że pozostawia taką dziwną matową warstwę na skórze. Przez te kilka dni stosowania wydawało mi się, że nakładam na moją twarz folię ochronną. Zapach kremu pozostawia również bardzo wiele do życzenia, ale po 2-3 dniach da się przyzwyczaić. 
Jeśli chodzi o działanie to mogłabym je opisać jednym zdaniem, bo jestem totalnie rozczarowana. Nie ukrywam, że spodziewałam się po nim dużo dobrego, ale wyszło wręcz przeciwnie. Po tygodniu stosowania zauważyłam masę krostek podskórnych i „zapchaną” skórę w okolicach nosa. Przez chwilę myślałam, że coś innego spowodowało ich wysyp. Jednak nie! To właśnie ten krem wpłynął negatywnie na moją cerę. Gdy go odstawiłam moja skóra zaczęłam wracać do normalności.

Wiem, że u niektórych dziewczyn krem wzmacniający Ruby Vine spisał się doskonale. Niestety nie u mnie - moja cera po prostu go nie przyjmuje. Po ponad tygodniu stosowana rzuciłam go w kąt i myślę co z nim zrobić. Zdecydowanie to nie jest kosmetyk dla mnie! 

Dajcie znać czy znacie markę i ten krem. 

Zobaczcie również: 

Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger