Mój Walentynkowy makijaż

Obchodzicie Walentynki? Mam nadzieję, że przez cały rok(!), a 14 luty to jedynie pretekst do zjedzenia wspólnej kolacji czy wypadku do kina. My w tym roku przełożyliśmy sobie świętowanie o kilka dni wcześniej, a więc jesteśmy już po romantycznej kolacji. Myślę, że wiele osób zrobiło podobnie :)

Dzisiaj mam dla Was mój Walentynkowy makijaż, który wykonałam używając między innymi kosmetyków Eveline, Freedom i Constance Carroll. Z racji tego, że produkty Freedom, których użyłam do makijażu oczu, już Wam pokazywałam, skupię się jedynie na kolorówkach Eveline. Poniżej będziecie mogli przeczytać kilka informacji na temat podkładu, kremowego różu, eyelinera w pisaku i tuszu do rzęs. 

Opakowanie: podkład mieści się w szklanej butelce, która jest delikatnie ozdobiona napisami. Butelka zamykana jest nakrętką, do której przymocowana została pipeta. Dla mnie to mega wygodne rozwiązanie, chyba nawet wolę to od pompki, która często się zacina. Tutaj wiem ile mam podkładu i jaka ilość jest mi potrzebna, aby nałożyć go na twarz. Także dla mnie rewelacja. Całość wygląda bardzo elegancko i gustownie.
Konsystencja i kolor: bardzo spodobała mi się konsystencja podkładu Eveline. Jest płynna i lekka co znacząco ułatwia aplikację. Ponadto nie tworzy efektu maski na skórze i nie robi nieestetycznych plam. Minusem tej konsystencji jest to, że podkład krócej wytrzymuje na twarzy i łatwo się ściera. Można to jednak rozwiązać nakładając na wierzch sypki puder i tak też robię. 
Marka Eveline w swojej ofercie posiada 6 odcieni podkładu Liquid Control HD. Dla siebie wybrałam odcień numer 015 Light Vanilla i muszę przyznać, że "trafiłam w 10". Kolor idealnie pasuje do mojej karnacji, w zasadzie po nałożeniu wtapia się w skórę.
Wydajność: w buteleczce znajduje się 32 ml płynnego fluidu, który jest bardzo wydajny. Kilka kropel wystarcza mi na pokrycie całej twarzy i szyi.
Uzyskane efekty: nie mogę powiedzieć, że podkład idealnie kryje niedoskonałości, ale w końcu od tego jest korektor. Natomiast śmiało mogę stwierdzić, że po aplikacji twarz wygląda bardzo naturalnie, nie ma tu mowy o efekcie maski, na czym zawsze mi zależy. Dodatkowo ten podkład nie obciąża skóry, nie roluje się, a po zastosowaniu skóra przybiera jednolitego koloru i promiennego wyglądu. 

Może mi nie uwierzycie, ale to mój pierwszy w życiu płynny róż do policzków. Nigdy wcześniej nie miałam takiego cuda. Zawsze mój wybór padał na róże w kompakcie lub całkowicie sypkie i w sumie nigdy nie myślałam o tym, że róż w kremie może się dobrze sprawdzić, a tu miłe zaskoczenie. 
Opakowanie: mimo, iż jestem zauroczona tym produktem to opakowanie po prostu mi się nie podoba. Według mnie jest zbyt proste i niepraktyczne. Róż mieści się w sztyfcie, a więc, żeby go nałoży należy przyłożyć sztyft do policzka. Zdecydowanie wolałabym go nakładać palcami, czułabym wtedy nad nim większą kontrolę. 
Konsystencja i kolor: róż jest dość twardy, ale za to kremowy, dzięki czemu łatwo rozprowadza się go po policzkach. Co do koloru - idealnie sprawdzi się dla osób z jasną karnacją. Odcień, który dostałam to cukierkowy róż, który dopełnia delikatny makijaż. 
Wydajność: coś czuje, że z tym kosmetykiem szybko się nie rozstanę. Jest mega wydajny, po kilku aplikacjach nie widzę, żeby w ogóle coś ubyło. 
Uzyskane efekty: róż Eveline pięknie, naturalnie podkreśla policzki, dodając im blasku, a kremowa konsystencja nadaje aksamitnego wykończenia całego makijażu. 

Uwielbiam malować kreskę na powiece, w zasadzie robię to codziennie. Wiadomo raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze jest. Nie ukrywam, że moim ulubieńcem jest zwykły, czarny eyeliner z pędzelkiem, który zdecydowanie upraszcza mi makijaż. Kilkukrotnie podchodziłam już do zakupu eyelinera w pisaku, ale zawsze była to totalna klapa. Pisaki mają to do siebie, że są twarde i ciężko nimi namalować precyzyjną kreskę. Tak też jest w przypadku eyelinera w pisaku Eveline. Malowanie kreski tym produktem wychodzi mi dość "topornie", co niestety nie pomaga w wykonaniu makijażu. Duży plus natomiast za mocną pigmentację. Po nałożeniu nie widać, żadnych prześwitów i nie trzeba poprawiać kilkukrotnie kreski. 

Gdy tylko zobaczyłam szczotkę tej maskary, powiedziała "o nie! znów nie do moich rzęs", no i się myliłam :) Maskara Eveline to chyba największe jak do tej pory zaskoczenie. Dlaczego? O tym poniżej. 
Opakowanie: tuszę do rzęs praktycznie wszystkie mieszczą się w takich samych opakowaniach. Różnią się jedynie wielkością, szatą graficzna i kształtem. W tym przypadku opakowanie jest całe złote, ma jedynie niewielkie napisy w kolorze czarnym. Całość wygląda bardzo stylowo i elegancko. 
Szczoteczka: to był mój największy zawód i największe zaskoczenie. Moje rzęsy już tak mają, że radzi sobie z nimi jedynie gruba szczotka z włosiem. W tym przepadku mamy szczoteczkę silikonową, która ku mojemu zdziwieniu dobrze się sprawdziła. Jest perfekcyjnie wyprofilowana, dzięki czemu fantastycznie unosi rzęsy od nasady, aż po same końce.
Uzyskane efekty: szczoteczka świetnie rozdziela rzęsy, a tusz ładnie je podkreśla. Najlepsze jest to, że ta maskara radzi sobie nawet z małymi prostymi włoskami (które nie wiem dlaczego, ale mi odstają:).

Poniżej możecie zobaczyć jak kosmetyki prezentują się na twarzy. Na pierwszym zdjęciu specjalnie nie doklejałam sztucznych rzęs, abyście mogli zobaczyć jak radzi sobie tusz do rzęs i eyeliner Eveline.
Napiszcie czy podoba Wam się mój "cukierkowy" makijaż i czy znacie kosmetyki, które pokazałam w dzisiejszym poście. 

Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger