Maski w płachcie Borntree

Udało się! W miniony poniedziałek wspólnie z mężem otworzyliśmy kolejnego bloga. Tym razem będzie to nasz blog – oboje będziemy uczestniczyć w jego tworzeniu, co mnie ogromnie cieszy. Oczywiście już dostaję pytania jak ogarnę pracę i dwa blogi. W sumie jeszcze nie wiem, ale jakoś ogarniałam pracę i bloga, to dam też radę z tym drugim tym bardziej, że pomoże mi w tym mąż. Pojawiły się również pytania czy nie lepiej było utworzyć osobny dział na tym blogu. Szczerze, myślałam nad tym, ale Dyed Blonde to typowo babska strona i nie chciałam wciskać w nią działu z „kosmosu”. Tak właśnie powstał Związek na patelniblog o tematyce kulinarnej. Zapraszam do odwiedzin.

Dzisiaj jednak nie o tym. Kolejny raz przychodzę do Was z propozycją masek w płachcie. Tym razem świeżutka marka Borntree, której mam okazję być ambasadorką. Marka ta oferuję koreańskie kosmetyki, którymi głównymi składnikami są naturalne soki roślinne pozyskiwane z zielonego regionu Korei Południowej. Brzmi świetnie, a jak to wygląda w praktyce? 

W mojej ambasadorskiej paczce znalazło się sześć produktów: żel oczyszczający 2w1 ALL Kill Cleansing, krem do twarzy Gold Milk Steam, 2 maseczki w płachcie Natto Gum oraz 2 maseczki w płachcie Goat Mil Cream. Z racji tego, że nie zdążyłam jeszcze przetestować kremu, postawiłam podzielić wpis na dwie części i dzisiaj skupię się na maskach.

Ogólnie o maseczkach:
Maski zapakowane są w foliowe opakowania, które mają bardzo ładną, minimalistyczną szatę graficzną. Opakowanie otwiera się bardzo łatwo i znajdują się na nim podstawowe informacje jak: skład czy sposób użycia. W środku znajdziemy płachtę z grubego materiału nasączoną płynem. Ogromnym plusem jest to, że w opakowaniu znajduje się odpowiednia ilość płynu czyli środek wystarcza na jedną aplikację i nie ocieka po twarzy. Całość doskonale wsiąka w skórę już po paru minutach. Obie maski należy trzymać na skórze do 15 minut. 

Ta maseczka to połączenie nawilżającej esencji i kojącej emulsji. Płyn w niej zwarty jest bardzo delikatny i kremowy. Dzięki czemu aplikacja to czysta przyjemność. W płynie, który znajduje się masce zawarto takie składniki jak kozie mleko i piwonie, których zadaniem jest wygładzenie, rozświetlenie i nawilżenie skóry. Co zauważyłam po aplikacji? Skóra jest doskonale nawodniona i gładka, ponadto wygląda na bardziej promienną i zdrową. Maseczka GAOT MILK CREAM, dostaje ode mnie jednak jeden minus. Niestety, po jej użyciu pozostaje na skórze uczucie lepkości, dlatego najlepiej później jest przemyć twarz. Ogólnie maska dobrze wykonała swoje zadanie i z chęcią ponowie po nią sięgnę. Zwłaszcza, że kremowa konsystencja to strzał w dziesiątkę i sama przyjemność w użytkowaniu. 

Za tą maseczką w dużej mierze przemawia cena oraz to, że po jej aplikacji można spokojnie nakładać makijaż, gdyż w tym przypadku nie ma mowy o lepkim uczuciu na skórze. W składzie tej maski znajdziemy ziarna soi, których zadaniem jest nawilżenie oraz zregenerowanie wrażliwej skóry. Płyn zawarty w opakowaniu jest przeźroczysty, delikatny i bardzo przyjemnie pachnie. Po aplikacji skóra jest zdecydowanie bardziej nawilżona oraz wygładzona, a efekt utrzymuje się przez cały dzień.
Muszę przyznać, że zarówno maska Goat Milk Cream i  Natto Gum Mask, trafiają na listę moich ulubieńców. Ze względu na konsystencję, jakość oraz cenę. Oba produkty zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, a skóra po ich aplikacji jest wyraźnie w lepszej kondycji.

Napiszcie w komentarzach czy znacie markę? Jak dla mnie zapowiada się świetnie!

Zobaczcie też:
- bąbelkowa maska z pyłem wulkanicznym;
- przegląd masek w płachcie.

Do następnego! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger